MILANÓWEK w 1944

Państwowy Instytut Wydawniczy wydał dwa tomy pięciotomowej edycji p.t.: "EXODUS WARSZAWY LUDZIE I MIASTO PO POWSTANIU 1944".
Niniejsza publikacja odpowiada na pytanie:

Co działo się z ogromną masą wypędzonych Warszawiaków po upadku powstania 1944?

W wydanych tomach znalazły się obszerne fragmenty poświęcone ludziom z Milanówka. Aby zachęcić Was drodzy Czytelnicy do odnalezienia w bibliotekach, bądź jeszcze na półkach księgarskich wymienionej publikacji, przytoczę jeden fragment wybrany z pierwszego tomu; jednak za nim to zrobię podzielę się spostrzeżeniami z autorskiego spotkania, w którym uczestniczyłem, a które to odbyło się z okazji wydania pierwszego tomu. Zaproszenie otrzymałem osobiście od redaktora Exodusu Emilii Boreckiej. Na spotkaniu zastałem olbrzymią rzeszę ludzi w podeszłym wieku.

Zacząłem zastanawiać się kim są ci ludzie?

Oni wszyscy byli autorami tego wielkiego dzieła, które stanowi sumę pamiętników i osobistych relacji. Zespół redakcyjny tego kilkutysięcznostronicowego dzieła opracował apel do wszystkich wypędzonych w czasie powstania bądź już po jego upadku Warszawiaków, z prośbą o nadsyłanie dzienników, pamiętników i relacji. Do publikacji trafiło 15% nadesłanych materiałów. Ja z kolei przytaczam 1%. pod postacią cytatów z zakwalifikowanych materiałów napisanych przez doktór Wierzbowską i doktora Dońskiego.

...."W czasie Powstania Warszawskiego w końcu sierpnia 1944 roku otrzymałam rozkaz z niemieckiej komendy wojskowej ewkuacji Zakładu...Zakład miał w tym czasie pod swoją opieką około 400 dzieci w wieku od kilku miesięcy do czterech lat... kilkadziesiąt matek oraz personel opiekuńczy i administracyjny. Ewakuacja miała nastąpić w ciągu 24 godzin pod groźbą zbombardowania i spalenia budynków... cały 27 sierpnia spędziłam w Milanówku na poszukiwaniu odpowiedniego budynku... trafiłam do Centralnej Stacji Jedwabniczej, której dyrektorem był obywatel Henryk Witaczek. Dyrektor dowiedziawszy się o tragicznej sytuacji wyraził natychmiast gotowość przyjścia z pomocą. Odstąpił Zakładowi budynek nowo wybudowanego magazynu tkanin z centralnym ogrzewaniem oraz ogromną, nową halę. Zarządził opróżnienie wymienionych pomieszczeń, tak iż w ciągu 48 godzin mogliśmy umieścić tam dzieci, matki, personel w liczbie około 500 osób... Z tej niespotykanej wprost gościnności Zakład korzystał do końca listopada 1944 roku... Stwierdzam, że dyrektor Witaczek uratował życie kilkuset dzieci i ocalił zastęp pracowników Domu Ks. Boduena przed grożącą im zsyłką do obozów i ewentualną śmiercią......leczenie odbywało się całkowicie na koszt obywatela Witaczka...wszystkie leki były dawane bezpłatnie, niejednokrotnie bardzo kosztowne, jak na przykład zastrzyki złota, a również i drogie odżywki witaminowe dla dzieci pracowników... ...Witaczek przyjął w Żółwinie na mieszkanie, około dwustu osób, lokując ich w domu żółwińskim, w szkole i w wielu wynajętych w tym celu mieszkaniach we wsi Żółwin. Wielką pomoc okazywał wówczas ob. Witaczek wszystkim okolicznym szpitalom: w Podkowie Leśnej, w Milanówku, Pruszkowie, Grodzisku, dostarczając im wielkie ilości bielizny dla chorych wygnańców, środki opatrunkowe, jak watę i gazę, bandaże specjalnie wyrabiane w tkalni Stacji Jedwabiu Naturalnego w Milanówku....Witaczek nie czekał, aż go poproszono, lecz sam organizował ludziom pomoc, sam ich wyszukiwał po stodołach chłopskich, sam wyławiał chorych po wsi, sam przywoził do Żółwina staruszki i matki z dziećmi spotkane na drodze, wygnane z Warszawy..."


Powrót do tekstów
Powrót na stronę główną